Nowe magazyny o squashu

 

Squash Club

Jedyne drukowane pismo o squashu w Polsce. Pierwszy numer ukazał się w połowie października – na kolejny przyjdzie nam poczekać do grudnia. W najbliższym numerze tematy takie jak:

 

• Test piłek

• Ramy Ashour

• Squash na Olimpiadzie

• Fenomen Nicole David

• Squash pod Olimpem

• SEX I SQUASH

• Dave Morrish oraz Wojciech Emil Kosow radzą

• Urazy kręgosłupa, kontuzje łydek, fizjoterapeuta wyjaśnia

• Odpowiednia dieta – squash, dietetyk radzi

• Relacje z turniejów kat. A, cykl ASB

• Najnowsze wieści z Polski i świata, rankingi oraz wiele innych

 

Magazyn jest płatny, ale w bardzo rozsądnej cenie. Aktualnie na stronie www.squashclub.co/prenumerata/ można zakupić 4 numery za 20 zł. z przesyłką. Może w przyszłości pojawi się możliwość tańszej prenumeraty elektronicznej? Kto wie …

Jak na razie nic nie mogę powiedzieć o jakości artykułów – jak tylko dostanę w swoje ręce pierwsze numery podzielę się wrażeniami.

 

Squashlife

Darmowy konkurent – pierwszy numer można ściągnąć pod adresem http://bit.ly/h0428L.

Numer zerowy podsumowuje sezon 2009-2010 zarówno w Polsce jak i na świecie. Na połowę grudnia zapowiadany jest kolejny numer poświęcony już aktualnym wydarzeniom.

Magazyn tworzony przez pasjonatów dla pasjonatów całkowicie za darmo. Aż żal nie przeczytać 🙂 Po lekturze pierwszego numeru mam pewien niedosyt – zobaczymy jak magazyn rozwinie się dalej.

El Gouna – relacja z turnieju

Tym razem na stornie squash3miasto relacja z turnieju El Gouna 2010 napisana przez Maćka Sucheckiego. Dziękuję bardzo za świetny artykuł i zdjęcia.

El gouna – Egipt 2010

Absolutnie przez przypadek nasz coroczny, jesienny kite/wind surfingowy wyjazd zbiegł się z mocno obsadzonym turniejem (z pierwszej 10 PSA zabrakło tylko Nicka Matthew) w El Gouna w Egipcie. Prawdopodobnie gdyby nie przeczytana przed wyjazdem relacja BŚ na esquash po eliminacjach, będąc 60 km od centrum wydarzeń, tkwiąc w pełnej niewiedzy nigdy byśmy tam nie dotarli. Zawsze powtarzam, że trzeba mieć w życiu trochę szczęścia 😉

Na spot w Soma Bay trafiliśmy 21.10 w dzień ćwierćfinałów. Zmęczenie po podróży i całym dniu na wodzie (całkiem dobra robota na WS-5,4m i KS-9m) pomogły w podjęciu decyzji, że na korcie centralnym stawimy się dopiero na półfinały. Następnego dnia, po doskonałym pływaniu na żaglach WS: 5,0–5,9, deski 86-100l, KS dalej na 9m (kto pływa, wie w jakim jest się nastroju po takim dniu, kto nie wie, może tylko żałować – zachęcam do dołączenia) i szybkiej kolacji wskoczyliśmy do taxi, żeby zdążyć na pierwszy półfinał Ashour–Gaultier. No po prostu lepiej być nie może! Taksówkarz okazał się wyjątkowym dyletantem w kwestii orientacji i nawigacji w terenie czym doprowadził nas do lekkiej irytacji, ale po kilku kółkach w El Gounie, lekko spóźnieni dotarliśmy na początek drugiego seta. Obawa, czy będą wolne miejsca i po ile, okazała się bezpodstawna (niestety nasz sport nawet w Egipcie cieszy się chyba średnim zainteresowaniem i dopiero finał następnego dnia zapełnił trybuny, wejście free). Siedliśmy w centralnej części trybun, koło markera i mocno podekscytowani przystąpiliśmy do widowiska. Gaultier zachwycał szybkością i gibkością, nadzwyczajnymi szpagatami i wykrokami, ale Ramy (odnieśliśmy na początku wrażenie, że chyba ma lekką nadwagę 😉 kontrolował przebieg spotkania. Przyspieszenie i szybkość jaką dysponuje są niewiarygodne, a jego gra szybko rozwiała wątpliwości dotyczące ewentualnej nadwagi. Gaultier, po groźnie wyglądającym zderzeniu z Ramy w 3 secie, z obolałą łydką, dzięki lekkiemu rozprężeniu przeciwnika, udało się doprowadzić do 2:2. Niestety to był koniec jego możliwości, gdyż piąty set zakończył się wynikiem 11:2 dla grającego już na pełnych obrotach z doskonałymi backhendowymi wolejami i stopwolejami Ashoura. Dopingowany przez Francuzów „Come on Greg!” niestety nie istniał. Zdołał jedynie w piątym secie połamać rakietę, (nie była to jednak reakcja na przegraną, jak to często bywa na rodzimych kortach 😉 rakieta pękła w trakcie seta podczas gry, a Greg ze smutkiem na twarzy (w trakcie seta na twarzy widniała niemoc), po ponad 90 minutach walki mógł zwolnić kort na drugi półfinał Lincou – Darwish. Mecz trochę bez historii (jeśli można z taką nonszalancją mówić o grze na tym poziomie) i pomimo tego, iż perfekcjonista Lincou doprowadził do 1:1, nie był znaczącą przeszkodą dla konsekwentnego Darwisha, zwyciężającego ostatecznie 3:1.

 

Czytaj dalej El Gouna – relacja z turnieju